Archiwa kategorii: Bez kategorii

Papież Franciszek a psychoanaliza

(fot. Grzegorz Gałązka za niedziela.pl)

Papież Franciszek, kiedy miał 42 lata i był prowincjałem jezuitów w Argentynie w czasie dyktatury wojskowej, przez sześć miesięcy korzystał z pomocy lekarki i psychoanalityczki. Wspomina o tym w książce „Polityka i społeczeństwo” stanowiącej zbiór wywiadów z francuskim socjologiem Dominikiem Wolton, która ukaże się 6 września br. we Francji.

Więcej

Na dzień kanonizacji Matki Teresy z Kalkuty

Matka Teresa 1 (fotografia z wystawy)

Dziś dzień kanonizacji Matki Teresy z Kalkuty, a niebawem ukaże się mój reportaż z wystawy o Matce Teresie, która miała miejsce podczas Światowych Dni Młodzieży w kościele św. Katarzyny u augustianów na krakowskim Kazimierzu.

Poniżej jego fragment…

„W przedsionku do wejścia na krużganki siostra w charakterystycznym białym sari z niebieską obwódką zapraszała przybyłych na wystawę. Wchodzę do środka i już od wejścia uderzają mnie duże białe tablice z pięknymi biało-czarnymi fotografiami obrazującymi życie i dzieło Matki Teresy.

Zdjęcia ukazują życie błogosławionej od jej młodości w Albanii, poprzez wstąpienie do sióstr loretanek, przygotowanie do misji w Dublinie, wreszcie wyjazd do Indii, gdzie miała zajmować się pracą wychowawczą wśród dziewcząt z bogatszych rodzin.

W 1948 roku jeszcze wtedy loretanka, siostra Teresa słyszy w pociągu wewnętrzny głos, który wzywa ją do podjęcia nowego powołania, którego celem miała być opieka nad najuboższymi w Kalkucie. Rok trwały pertraktacje z władzami kościelnymi, aż wreszcie uzyskała pozwolenie i błogosławieństwo dla swojej nowej misji.

Historię tę obrazują zdjęcia oraz cytaty z wypowiedzi Matki Teresy, w których dzieli się ona swoimi duchowymi odkryciami.

Po krużgankach przechadza się druga siostra w sari, która gotowa jest udzielić dodatkowych informacji o wystawie.

Nadchodzi czas na to, po co właściwie tu przyszedłem: na zrobienie wywiadu z którąś z sióstr.

Zostałem uprzedzony, że nie będzie to łatwe. Pamiętałem też opowieść redakcyjnej koleżanki, z którą kiedyś współpracowałem, a która mimo że odwiedziła siostry i przebyła do nich daleką drogę, musiała obejść się smakiem. Jak będzie ze mną? Czy mogę na coś liczyć?

Podchodzę do pierwszej siostry, tej, którą spotkałem przy wejściu i informuję, że chciałbym przeprowadzić wywiad. – Nie bardzo – odpowiada po polsku z jakimś obcym akcentem. – My nie udzielamy wywiadów. Wczoraj była tu telewizja z Niemiec i też odeszli z kwitkiem. Ale może pan zapyta tę siostrę, co stoi na krużgankach…

Podchodzę do tamtej siostry i tłumaczę, czego i dla kogo potrzebuję, a w odpowiedzi słyszę: – My nie udzielamy wywiadów, bo to jest sprzeczne z naszą duchowością. My świadczymy tylko czynem…

– Ale przecież Matka Teresa występowała publicznie, aby mówić o swojej pracy i duchowości… – próbuję perswadować.

– Ale to była Matka Teresa, a my nie udzielamy wywiadów! – siostra przygwożdża mnie tym argumentem, a w chwilę potem dodaje pojednawczo: – Chyba, że zapyta pan siostrę odpowiedzialną…

Ruszam więc dalej od Kajfasza do Annasza, a w sercu mam nie wiadomo skąd przekonanie, że udanie się w tę pielgrzymkę ma jakiś sens…”

Zainteresowanych tym, czy mi się udało, odsyłam do październikowego dodatku „Apostolstwa Chorych”.

Piękni dwudzistoletni

bien(fot. archiwum rodziny Bieniów)

Dwudziestoletni Adam zaraz po maturze idzie na wojnę i zaczyna pisać listy do dziewiętnastoletniej Zosi, z którą połączyło go gorące uczucie. Ona wprawdzie zostaje w bezpiecznym Sandomierzu, ale tęskni i boi się o ukochanego, i także zaczyna do niego pisać.

Tak zaczyna się ta historia, w dodatku nie jest wytworem czyjejś tylko literackiej wyobraźni, a literaturą faktu. Listy są bowiem autentyczne, a ich nadawcami byli Adam Bień (późniejszy prawnik, działacz ruchu ludowego, jeden z przywódców Państwa Podziemnego ocalały z procesu szesnastu w Moskwie) i Zofia, wtedy uczennica Seminarium Nauczycielskiego w Sandomierzu, a później jego żona.

Wszystko działo się od lipca do listopada 1920 roku, kiedy to młody ochotnik wrócił ze zwycięskiej wojny. W epilogu można natomiast jeszcze usłyszeć dodatkowe wspomnienia, te związane z początkiem studiów prawniczych najpierw w Poznaniu, a później w Warszawie.

Całość opracował i wyreżyserował Bartłomiej Miernik ze Staszowskiego Ośrodka Kultury, a premiera spektaklu „Bień 1920”, miała miejsce 14 sierpnia 2016 roku w Ossali przy domu rodzinnym Adama Bienia.

Listy z jednej strony obrazują rozwój uczuć zakochanych w wojennej zawierusze, a z drugiej realia życia ochotnika, który najpierw odbywa przyspieszone szkolenie wojskowe, a następnie rusza na front wojny polsko-bolszewickiej.

Doskonale wybrzmiewa w tych osobistych tekstach stan ducha i umysłu „pięknych dwudziestoletnich” tyle, że przedwojennych, nie dotkniętych jeszcze dekadenckim zniechęceniem czy nihilizmem, który jakże często zatruwał późniejsze pokolenia młodych. Tamten pierwotny idealizm połączony ze zdrowym patriotyzmem i entuzjazmem właśnie odzyskanej niepodległości przydałby się i dzisiaj, i pewnie dlatego spektakl z udziałem młodych aktorów: Aleksandry Kozaczka, Kacpra Rogali, Huberta Dyla oraz Adriana Tatrockiego okazuje się tak nośny i potrzebny. Swoje role zagrali współcześnie i żywiołowo, a swój przekaz oparli nie tylko na pięknie wydeklamowanym tekście, ale i na scenicznym geście, który mocno i wyraziście zaistniał w surowej scenografii Leszka Masa.

Dodatkowym walorem spektaklu była muzyka, która dobrze osadzała przekazywane treści w kontekście współczesnej kultury popularnej, bardziej komunikatywnej dla dzisiejszego odbiorcy. Zwłaszcza muzyczny cytat z utworu “The End” grupy The Doors okazał się strzałem w dziesiątkę, bo dobrze oddawał dramatyzm przeżyć bohaterów.

Może mniej udaną ilustracją była piosenka „Imagine” Johna Lennona, bo tamto wyobrażenie hippisowskiego szczęścia w utopii bez państw i religii kiepsko oddaje nadzieje młodego studenta prawa, którego tęsknoty łączyły się jednak z bardziej pragmatycznym pragnieniem konstruktywnej pracy na rzecz silnej Polski przez pilną naukę i działalność polityczną, czego potem niejednokrotnie dawał dowody.

Poza tym cały spektakl należy ocenić bardzo wysoko i zachęcam każdego do jego zobaczenia. A następna okazja trafi się niedługo, bo już 17 września br., w parku Adama Bienia w Staszowie.

Zaproszenie na wernisaż

 

Trzydzieści lat temu zacząłem edukację w Policealnym Studium Plastycznym w Kielcach. Już w trakcie nauki miałem wystawę monotypii. Potem na początku lat. 90 XX wieku wróciłem do rysunku i tak powstał cykl, który od najbliższego piątku, 18 marca będę miał przyjemność zaprezentować w Galerii Piwnice przy Staszowskim Ośrodku Kultury. Prace te to chyba coś najdojrzalszego, co udało mi się osiągnąć w dziedzinie plastyki, którą potem właściwie zarzuciłem na rzecz fotografii. Cieszy mnie, że ktoś to zechciał zaprezentować w moim rodzinnym mieście.

Kiedy pod koniec lat 80. XX wieku pojechałem na krakowską ASP na konsultację, wykładowca, który oglądał moje prace natrafił na ciekawą akwarelkę, której nie omieszkał skomentować: – Widzę, że pan jest zafascynowany grupą artystów określanych jako „Nowi dzicy”… – Mówi pan o fowistach? – zapytałem. – Nie, o współczesnej niemieckiej grupie „Noue Wilde”… – Nigdy o niej nie słyszałem… – odpowiedziałem zaskoczony, potem jednak rzeczywiście doczytałem o nowym ekspresjonizmie niemieckim, a szczególnie spodobały mi się prace Georga Basselitza.

To co jest mi szczególnie bliskie w tej twórczości, to żywiołowość formy plastycznej. Daleki jestem od różnych form obsceniczności, które tam były obecne, ale bardzo podoba mi się to, że kreska w rysunku może być bezpośrednim przekazem emocji i staje się niejako pasem transmisyjnym dla wyrażenia siebie i swojego stanu ducha.

To, co się w ten sposób rysuje, staje się niejako drugorzędne. Tak jakbyśmy jednocześnie opowiadali dwie historie: jedną formą a drugą treścią rysunku. Tak więc tematyka tych prac ma różny charakter, także biblijny, ale forma jest erupcją jakiegoś niepokoju, wewnętrzną ekspresją, odsłanianiem swoistego stanu ducha.

Zaczynałem od prac czarno-białych, malowanych pędzlem i temperą, a stopniowo przechodziłem do koloru i ostatnie moje prace z tego cyklu mają taką właśnie formę.

Kiedy na facebooku przypomniałem jedną ze swoich starych prac, sporo osób ją polubiło. Dostałem też kilka pozytywnych wzmocnień i zachęt, abym wrócił do tego rodzaju twórczości.

Teraz będę mógł poddać je pod osąd szerszej publiczności.

Program wygląda następująco.

Staszowski Ośrodek Kultury

18 marca 2016

12.00 spotkanie „Droga do duchowości”, Sala widowiskowa Staszowskiego Ośrodka Kultury

17.00 wernisaż wystawy rysunku, Galeria Piwnice, SOK

18.00 Koncert Antoniny Krzysztoń, Sala widowiskowa SOK

Zapraszam!

ryscs

Glen Hansard zdobywa Polskę!

GH1

O Glenie Hansardzie dowiedziałem się przypadkiem. Najpierw w cyklu „Kocham kino” w telewizyjnej Dwójce natrafiłem na film „Once” z 2006 roku. Historia irlandzkiego pieśniarza ze złamanym sercem i czeskiej emigrantki, których połączyła muzyka, spodobała mi się, ale w pierwszej chwili nie na tyle, aby szukać więcej informacji na temat tego osobliwego duetu.
Kiedy jednak jakiś czas później oglądałem czeski film „Piękność w opałach” i w tle znowu usłyszałem piosenkę „Falling Slowly”, za którą artyści w 2008 roku otrzymali Oskara, nie mogłem nie poszukać w internecie więcej informacji na ich temat. I tak najpierw dotarłem do soundtracku z filmu „Once”, potem do kolejnej płyty duetu Marketa Irglowa i Glen Hansard: „The Swell Season”, a następnie do wcześniejszych dokonań pieśniarza z rockową grupą The Frames, której był frontmanem.
W moim wieku 😉 nieczęsto się zdarza, aby jakiś nowy artysta przykuł na dłużej moją uwagę, a Glena Hansarda mogłem słuchać tygodniami i ciągle coraz lepiej chciałem poznawać jego muzykę i teksty. Nie było to łatwe, bo w polskich rozgłośniach Glen właściwie był nieobecny i tylko raz natrafiłem na jedną piosenkę duetu w radiowej Trójce. Kiedy więc po wydaniu nowej solowej płyty „Didn’t he Ramble” artysta szykował się do trasy promocyjnej, która zahaczała o Polskę, nie mogłem nie kupić biletu na to wydarzenie…
2 marca 2016 roku krakowska „Rotunda” pękała w szwach, a muzyczną ucztę rozpoczęła solowym występem Marketa Irglova, która przy fortepianowym akompaniamencie prezentowała swoje piękne, nastrojowe ballady i od pierwszych taktów potrafiła na widowni wywołać niezwykłe skupienie i zasłuchanie. Było to bardzo dobre wprowadzenie w to, co miało nastąpić później.
Glen rozpoczął występ od pierwszego utworu z najnowszej płyty. Przy akompaniamencie jedynie swojego smyczkowego tria zaśpiewał bez mikrofonu, a jego silny głos wypełnił nie taką małą przecież salę „Rotundy”. Potem na scenę weszła reszta muzyków i zaczęło się też mocne uderzenie. Artysta prezentował utwory z różnych swoich płyt, a i te starsze świetnie brzmiały z dodaną sekcją dętą, co jest wynalazkiem muzyka z ostatniej płyty. W niektórych utworach było nawet miejsce na solowe wyczyny świetnego puzonisty, trębacza czy też saksofonisty tenorowego.
Publiczność była rozpalona do czerwoności. Od strony widowni wokalista dwukrotnie otrzymał wyznanie miłości, które dowcipnie skomentował, a przy jednym utworze grał z taką ekspresją, że zerwał gitarową strunę.
Między utworami znajdował też czas na komentarze i można było poczuć się, jak w pubie z dublińskiej dzielnicy Temple Bar, gdzie oprócz muzyki możemy też posłuchać różnych życiowych opowieści. „Kiedy klęczysz godzinami – śpiewał w jednej z piosenek – I wątpisz w swoje siły / I gdy jesteś gotów na jej łaskę / I jesteś jej godzien / nadejdzie”, a potem pojawiał się refren: „Łaska, łaska, przychodzi do ciebie / Poczuj jej piękno płynące przez ciebie / Ona otworzy ci oczy, uwolni świat / Łaska, łaska”… W innej z kolei można było usłyszeć słowa : „Weź tę tonącą łódź i pokieruj ją do domu / wciąż mamy czas / podnieś swój pełen nadziei głos / masz wybór / właśnie teraz go dokonałaś/-łeś”… Słowa o zmaganiu i miłości są znakiem firmowym artysty i jeśli ktoś ma kłopoty z angielskim, powinien sięgnąć po tłumaczenia tych pięknych i dających nadzieję tekstów.
Atmosfera pubu jeszcze bardziej udzieliła się widowni, kiedy artysta nagle zniknął ze sceny i nieoczekiwanie pojawił się z tyłu sali, aby stojąc z gitarą na przewróconej skrzyni pośród ludzi wykonać unplugged kolejną ze swoich piosenek. Tym samym niejako wracał do swoich korzeni, bo przecież swoje muzykowanie rozpoczynał od ulicznych występów za kilka pensów wrzuconych do gitarowego futerału.
Na koncercie nie brakło też polskich akcentów. Przy wykonaniu utworu „Winning Streak”, kiedy widownia zaczęła śpiewać chórki, Glen dyrygował i rzucił nienaganną polszczyzną: „Jeszcze!” Niewątpliwe apogeum poloników stanowiło natomiast wykonanie przez gitarzystę z zespołu pieśni… „Płonie ognisko i szumią knieje” oraz „Hej sokoły…”, które przy akompaniamencie irlandzkiego zespołu śpiewała cała sala, a w nowym aranżu nabywały one zaskakujących brzmień. Glen tłumaczył później, że jego gitarzysta choć pochodzi z Chicago, ma polskie i irlandzkie korzenie…
Pod koniec występu na scenę nie mogła nie powrócić Marketa Irglova, aby wraz Glenem wykonać ich oscarową piosenkę, a na koniec także jeden z utworów z płyty „The Swell Season”.
Byłem na wielu koncertach, ale na nielicznych doświadczyłem takiej atmosfery. Dlatego z czystym sumieniem, mogę polecić wszystkim, którzy mają jeszcze okazję, aby wybrali się posłuchać muzyka w Polsce.

GH (fot. cs)