Miesięczne archiwum: Marzec 2016

Po wernisażu…

wystawa

Piątkowe spotkania wypadły bardzo ciekawie. Najpierw miałem półtoragodzinne spotkanie z młodzieżą, która – o dziwo – potrafiła wytrwać i wysłuchać mojej prelekcji nt. duchowości.

Zdradzę przy tym pewien sekret, że na wielkim ekranie równocześnie z wypowiedzią prezentowałem przeróżne swoje zdjęcia z Ziemi Świętej i różnych moich innych podróży jako ilustrację do wykładu i chyba to mnie „ocaliło”, przykuwając uwagę młodych słuchaczy, którzy patrzyli na ekran, a nie w swoje komórki…. 😉 Poczytuję to sobie za nie lada sukces…

Z kolei podczas wernisażu bardzo ceniłem sobie komentarz p. Tomasza Staszewskiego, artysty plastyka i krytyka sztuki, który z wielkim znawstwem zarówno historii sztuki (w moich pracach odnajdywał odniesienia do francuskiego malarza, George’a Rouaulta oraz japońskiego rysunku lawowanego), jak również zastosowanych technik malarskich (mówił o ekspresyjnej kresce, która w krańcowych przypadkach jest redukowana do niemal kaligraficznego znaku), potrafił doskonale skomentować zaprezentowane prace.

Bardziej zainteresowani mogą obejrzeć filmowy zapis z otwarcia wystawy, który wykonał i w internecie zamieścił Wojciech Zarzycki.

Filmowy zapis otwarcia wystawy

Całość wspaniale zwieńczył koncert Antoniny Krzysztoń, a potem mieliśmy jeszcze czas na chwilę rozmowy. Zaskoczyło mnie to, jak trafnie Antonina potrafiła odczytać moje intencje towarzyszące powstawaniu niektórych prac. W innych swoich wypowiedziach z kolei potwierdzała starą prawdę, że dzieło sztuki potrafi przemówić samodzielnie uruchamiając w odbiorcy coś, o czym twórca zupełnie nie miał pojęcia… To się nazywa wrażliwość!

Na koniec pragnę wyrazić swoje publiczne podziękowanie dla Katarzyny Ciepieli, pani dyrektor Staszowskiego Ośrodka Kultury, która zaprosiła mnie z tą wystawą, jak również wszystkim znajomym i nieznajomym, którzy zechcieli uczestniczyć w tym wydarzeniu.

KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

Zaproszenie na wernisaż

 

Trzydzieści lat temu zacząłem edukację w Policealnym Studium Plastycznym w Kielcach. Już w trakcie nauki miałem wystawę monotypii. Potem na początku lat. 90 XX wieku wróciłem do rysunku i tak powstał cykl, który od najbliższego piątku, 18 marca będę miał przyjemność zaprezentować w Galerii Piwnice przy Staszowskim Ośrodku Kultury. Prace te to chyba coś najdojrzalszego, co udało mi się osiągnąć w dziedzinie plastyki, którą potem właściwie zarzuciłem na rzecz fotografii. Cieszy mnie, że ktoś to zechciał zaprezentować w moim rodzinnym mieście.

Kiedy pod koniec lat 80. XX wieku pojechałem na krakowską ASP na konsultację, wykładowca, który oglądał moje prace natrafił na ciekawą akwarelkę, której nie omieszkał skomentować: – Widzę, że pan jest zafascynowany grupą artystów określanych jako „Nowi dzicy”… – Mówi pan o fowistach? – zapytałem. – Nie, o współczesnej niemieckiej grupie „Noue Wilde”… – Nigdy o niej nie słyszałem… – odpowiedziałem zaskoczony, potem jednak rzeczywiście doczytałem o nowym ekspresjonizmie niemieckim, a szczególnie spodobały mi się prace Georga Basselitza.

To co jest mi szczególnie bliskie w tej twórczości, to żywiołowość formy plastycznej. Daleki jestem od różnych form obsceniczności, które tam były obecne, ale bardzo podoba mi się to, że kreska w rysunku może być bezpośrednim przekazem emocji i staje się niejako pasem transmisyjnym dla wyrażenia siebie i swojego stanu ducha.

To, co się w ten sposób rysuje, staje się niejako drugorzędne. Tak jakbyśmy jednocześnie opowiadali dwie historie: jedną formą a drugą treścią rysunku. Tak więc tematyka tych prac ma różny charakter, także biblijny, ale forma jest erupcją jakiegoś niepokoju, wewnętrzną ekspresją, odsłanianiem swoistego stanu ducha.

Zaczynałem od prac czarno-białych, malowanych pędzlem i temperą, a stopniowo przechodziłem do koloru i ostatnie moje prace z tego cyklu mają taką właśnie formę.

Kiedy na facebooku przypomniałem jedną ze swoich starych prac, sporo osób ją polubiło. Dostałem też kilka pozytywnych wzmocnień i zachęt, abym wrócił do tego rodzaju twórczości.

Teraz będę mógł poddać je pod osąd szerszej publiczności.

Program wygląda następująco.

Staszowski Ośrodek Kultury

18 marca 2016

12.00 spotkanie „Droga do duchowości”, Sala widowiskowa Staszowskiego Ośrodka Kultury

17.00 wernisaż wystawy rysunku, Galeria Piwnice, SOK

18.00 Koncert Antoniny Krzysztoń, Sala widowiskowa SOK

Zapraszam!

ryscs

Na Dzień Kobiet

katedraRodin, Katedra

Parę miesięcy temu poproszono mnie o napisanie artykułu do rocznika „Itinera Spiritualia”. Powstał tekst „Płeć a chrześcijańskie życie duchowe”, którego streszczenie zamieszczam poniżej. Niech będzie ono podziękowaniem dla wszystkich kobiet, dzięki którym jestem, kim jestem.

„Kwestia wpływu zróżnicowania płciowego człowieka na życie duchowe nie jest zbyt szeroko opisane w duchowości chrześcijańskiej. Jest to luka, którą tym bardziej trzeba wypełnić, że niektóre dzisiejsze badania genderowe zdają się odchodzić od podkreślania różnic płciowych na rzecz ukazywania kulturowych możliwości ich zacierania czy też równoważenia.
W historii religii i filozofii wątki kobiecości i męskości pojawiały się np. w chińskim taoizmie, a i w Starym Testamencie można je odnaleźć badając obraz Boga-Jahwe, który choć był nazywany Ojcem, to jednak szereg tekstów biblijnych ukazuje również Jego wymiar macierzyński. Szczególnie wskazuje na to pojęcie miłosierdzia Bożego, które w języku hebrajskim zawiera zarówno perspektywę męską: hesed jako dochowanie wcześniejszych zobowiązań, jak i kobiecą: rachamim – bliższą matczynej miłości bezinteresownej, która pochyla się nad dzieckiem nie ze względu na jego zasługi, ale słabość i bezradność.
Na gruncie chrześcijańskim również cele życia duchowego, jakim jest świętość i doskonałość można ująć z perspektywy męskiej i kobiecej. Pierwsza zgodnie z ujęciem biblijnym oznacza przede wszystkim przynależność do Boga, bliską więź, z którą wiąże się przyjęcie daru prowadzącego do przebóstwienia. Z kolei druga jest bardziej zadaniowa i moralna, i stanowi zobowiązanie oraz praktyczną odpowiedź na dar miłości. Można powiedzieć, że pierwsza jest bardziej relacyjna, a więc i kobieca, a druga z większym natężeniem męska, bo odwołuje się do sprawności moralnej.
Właściwe życie duchowe winno zawierać swoistą równowagę między tymi dwoma pierwiastkami. Wyraża się ona zarówno w zrównoważonym wymiarze ascetycznym (prowadzącym o doskonałości), jak i mistycznym (nakierowanym na szczególną bliskość ze Świętym) życia duchowego. Wprawdzie dawniej wielu autorów początek rozwoju życia duchowego widziało w podjęciu wysiłków ascetycznych, a mistykę opisywano, jako pewien efekt oczyszczenia, dziś jednak częściej elementy mistyczne widzi się już na początku drogi, bo to bliskość z misterium Chrystusa jest właściwym źródłem i siłą wszelkich duchowych wysiłków chrześcijanina.
Swoisty przyczynek do opisu rozwoju człowieczeństwa na gruncie psychologicznym wniósł Karl Gustaw Jung, który dojrzałość człowieka w wieku średnim opisywał jako umiejętność zrównoważenia w sobie zarówno pierwiastka męskiego, jak i kobiecego. Mimo, że autor ten w swoich badaniach nie rozwija zbytnio wątku duchowości chrześcijańskiej, jednak jego refleksje antropologiczne mogą stanowić ciekawe uzupełnienie i inspirację dla analizy męskości i kobiecości również dla tej duchowości”.

Glen Hansard zdobywa Polskę!

GH1

O Glenie Hansardzie dowiedziałem się przypadkiem. Najpierw w cyklu „Kocham kino” w telewizyjnej Dwójce natrafiłem na film „Once” z 2006 roku. Historia irlandzkiego pieśniarza ze złamanym sercem i czeskiej emigrantki, których połączyła muzyka, spodobała mi się, ale w pierwszej chwili nie na tyle, aby szukać więcej informacji na temat tego osobliwego duetu.
Kiedy jednak jakiś czas później oglądałem czeski film „Piękność w opałach” i w tle znowu usłyszałem piosenkę „Falling Slowly”, za którą artyści w 2008 roku otrzymali Oskara, nie mogłem nie poszukać w internecie więcej informacji na ich temat. I tak najpierw dotarłem do soundtracku z filmu „Once”, potem do kolejnej płyty duetu Marketa Irglowa i Glen Hansard: „The Swell Season”, a następnie do wcześniejszych dokonań pieśniarza z rockową grupą The Frames, której był frontmanem.
W moim wieku 😉 nieczęsto się zdarza, aby jakiś nowy artysta przykuł na dłużej moją uwagę, a Glena Hansarda mogłem słuchać tygodniami i ciągle coraz lepiej chciałem poznawać jego muzykę i teksty. Nie było to łatwe, bo w polskich rozgłośniach Glen właściwie był nieobecny i tylko raz natrafiłem na jedną piosenkę duetu w radiowej Trójce. Kiedy więc po wydaniu nowej solowej płyty „Didn’t he Ramble” artysta szykował się do trasy promocyjnej, która zahaczała o Polskę, nie mogłem nie kupić biletu na to wydarzenie…
2 marca 2016 roku krakowska „Rotunda” pękała w szwach, a muzyczną ucztę rozpoczęła solowym występem Marketa Irglova, która przy fortepianowym akompaniamencie prezentowała swoje piękne, nastrojowe ballady i od pierwszych taktów potrafiła na widowni wywołać niezwykłe skupienie i zasłuchanie. Było to bardzo dobre wprowadzenie w to, co miało nastąpić później.
Glen rozpoczął występ od pierwszego utworu z najnowszej płyty. Przy akompaniamencie jedynie swojego smyczkowego tria zaśpiewał bez mikrofonu, a jego silny głos wypełnił nie taką małą przecież salę „Rotundy”. Potem na scenę weszła reszta muzyków i zaczęło się też mocne uderzenie. Artysta prezentował utwory z różnych swoich płyt, a i te starsze świetnie brzmiały z dodaną sekcją dętą, co jest wynalazkiem muzyka z ostatniej płyty. W niektórych utworach było nawet miejsce na solowe wyczyny świetnego puzonisty, trębacza czy też saksofonisty tenorowego.
Publiczność była rozpalona do czerwoności. Od strony widowni wokalista dwukrotnie otrzymał wyznanie miłości, które dowcipnie skomentował, a przy jednym utworze grał z taką ekspresją, że zerwał gitarową strunę.
Między utworami znajdował też czas na komentarze i można było poczuć się, jak w pubie z dublińskiej dzielnicy Temple Bar, gdzie oprócz muzyki możemy też posłuchać różnych życiowych opowieści. „Kiedy klęczysz godzinami – śpiewał w jednej z piosenek – I wątpisz w swoje siły / I gdy jesteś gotów na jej łaskę / I jesteś jej godzien / nadejdzie”, a potem pojawiał się refren: „Łaska, łaska, przychodzi do ciebie / Poczuj jej piękno płynące przez ciebie / Ona otworzy ci oczy, uwolni świat / Łaska, łaska”… W innej z kolei można było usłyszeć słowa : „Weź tę tonącą łódź i pokieruj ją do domu / wciąż mamy czas / podnieś swój pełen nadziei głos / masz wybór / właśnie teraz go dokonałaś/-łeś”… Słowa o zmaganiu i miłości są znakiem firmowym artysty i jeśli ktoś ma kłopoty z angielskim, powinien sięgnąć po tłumaczenia tych pięknych i dających nadzieję tekstów.
Atmosfera pubu jeszcze bardziej udzieliła się widowni, kiedy artysta nagle zniknął ze sceny i nieoczekiwanie pojawił się z tyłu sali, aby stojąc z gitarą na przewróconej skrzyni pośród ludzi wykonać unplugged kolejną ze swoich piosenek. Tym samym niejako wracał do swoich korzeni, bo przecież swoje muzykowanie rozpoczynał od ulicznych występów za kilka pensów wrzuconych do gitarowego futerału.
Na koncercie nie brakło też polskich akcentów. Przy wykonaniu utworu „Winning Streak”, kiedy widownia zaczęła śpiewać chórki, Glen dyrygował i rzucił nienaganną polszczyzną: „Jeszcze!” Niewątpliwe apogeum poloników stanowiło natomiast wykonanie przez gitarzystę z zespołu pieśni… „Płonie ognisko i szumią knieje” oraz „Hej sokoły…”, które przy akompaniamencie irlandzkiego zespołu śpiewała cała sala, a w nowym aranżu nabywały one zaskakujących brzmień. Glen tłumaczył później, że jego gitarzysta choć pochodzi z Chicago, ma polskie i irlandzkie korzenie…
Pod koniec występu na scenę nie mogła nie powrócić Marketa Irglova, aby wraz Glenem wykonać ich oscarową piosenkę, a na koniec także jeden z utworów z płyty „The Swell Season”.
Byłem na wielu koncertach, ale na nielicznych doświadczyłem takiej atmosfery. Dlatego z czystym sumieniem, mogę polecić wszystkim, którzy mają jeszcze okazję, aby wybrali się posłuchać muzyka w Polsce.

GH (fot. cs)