Glen Hansard zdobywa Polskę!

GH1

O Glenie Hansardzie dowiedziałem się przypadkiem. Najpierw w cyklu „Kocham kino” w telewizyjnej Dwójce natrafiłem na film „Once” z 2006 roku. Historia irlandzkiego pieśniarza ze złamanym sercem i czeskiej emigrantki, których połączyła muzyka, spodobała mi się, ale w pierwszej chwili nie na tyle, aby szukać więcej informacji na temat tego osobliwego duetu.
Kiedy jednak jakiś czas później oglądałem czeski film „Piękność w opałach” i w tle znowu usłyszałem piosenkę „Falling Slowly”, za którą artyści w 2008 roku otrzymali Oskara, nie mogłem nie poszukać w internecie więcej informacji na ich temat. I tak najpierw dotarłem do soundtracku z filmu „Once”, potem do kolejnej płyty duetu Marketa Irglowa i Glen Hansard: „The Swell Season”, a następnie do wcześniejszych dokonań pieśniarza z rockową grupą The Frames, której był frontmanem.
W moim wieku 😉 nieczęsto się zdarza, aby jakiś nowy artysta przykuł na dłużej moją uwagę, a Glena Hansarda mogłem słuchać tygodniami i ciągle coraz lepiej chciałem poznawać jego muzykę i teksty. Nie było to łatwe, bo w polskich rozgłośniach Glen właściwie był nieobecny i tylko raz natrafiłem na jedną piosenkę duetu w radiowej Trójce. Kiedy więc po wydaniu nowej solowej płyty „Didn’t he Ramble” artysta szykował się do trasy promocyjnej, która zahaczała o Polskę, nie mogłem nie kupić biletu na to wydarzenie…
2 marca 2016 roku krakowska „Rotunda” pękała w szwach, a muzyczną ucztę rozpoczęła solowym występem Marketa Irglova, która przy fortepianowym akompaniamencie prezentowała swoje piękne, nastrojowe ballady i od pierwszych taktów potrafiła na widowni wywołać niezwykłe skupienie i zasłuchanie. Było to bardzo dobre wprowadzenie w to, co miało nastąpić później.
Glen rozpoczął występ od pierwszego utworu z najnowszej płyty. Przy akompaniamencie jedynie swojego smyczkowego tria zaśpiewał bez mikrofonu, a jego silny głos wypełnił nie taką małą przecież salę „Rotundy”. Potem na scenę weszła reszta muzyków i zaczęło się też mocne uderzenie. Artysta prezentował utwory z różnych swoich płyt, a i te starsze świetnie brzmiały z dodaną sekcją dętą, co jest wynalazkiem muzyka z ostatniej płyty. W niektórych utworach było nawet miejsce na solowe wyczyny świetnego puzonisty, trębacza czy też saksofonisty tenorowego.
Publiczność była rozpalona do czerwoności. Od strony widowni wokalista dwukrotnie otrzymał wyznanie miłości, które dowcipnie skomentował, a przy jednym utworze grał z taką ekspresją, że zerwał gitarową strunę.
Między utworami znajdował też czas na komentarze i można było poczuć się, jak w pubie z dublińskiej dzielnicy Temple Bar, gdzie oprócz muzyki możemy też posłuchać różnych życiowych opowieści. „Kiedy klęczysz godzinami – śpiewał w jednej z piosenek – I wątpisz w swoje siły / I gdy jesteś gotów na jej łaskę / I jesteś jej godzien / nadejdzie”, a potem pojawiał się refren: „Łaska, łaska, przychodzi do ciebie / Poczuj jej piękno płynące przez ciebie / Ona otworzy ci oczy, uwolni świat / Łaska, łaska”… W innej z kolei można było usłyszeć słowa : „Weź tę tonącą łódź i pokieruj ją do domu / wciąż mamy czas / podnieś swój pełen nadziei głos / masz wybór / właśnie teraz go dokonałaś/-łeś”… Słowa o zmaganiu i miłości są znakiem firmowym artysty i jeśli ktoś ma kłopoty z angielskim, powinien sięgnąć po tłumaczenia tych pięknych i dających nadzieję tekstów.
Atmosfera pubu jeszcze bardziej udzieliła się widowni, kiedy artysta nagle zniknął ze sceny i nieoczekiwanie pojawił się z tyłu sali, aby stojąc z gitarą na przewróconej skrzyni pośród ludzi wykonać unplugged kolejną ze swoich piosenek. Tym samym niejako wracał do swoich korzeni, bo przecież swoje muzykowanie rozpoczynał od ulicznych występów za kilka pensów wrzuconych do gitarowego futerału.
Na koncercie nie brakło też polskich akcentów. Przy wykonaniu utworu „Winning Streak”, kiedy widownia zaczęła śpiewać chórki, Glen dyrygował i rzucił nienaganną polszczyzną: „Jeszcze!” Niewątpliwe apogeum poloników stanowiło natomiast wykonanie przez gitarzystę z zespołu pieśni… „Płonie ognisko i szumią knieje” oraz „Hej sokoły…”, które przy akompaniamencie irlandzkiego zespołu śpiewała cała sala, a w nowym aranżu nabywały one zaskakujących brzmień. Glen tłumaczył później, że jego gitarzysta choć pochodzi z Chicago, ma polskie i irlandzkie korzenie…
Pod koniec występu na scenę nie mogła nie powrócić Marketa Irglova, aby wraz Glenem wykonać ich oscarową piosenkę, a na koniec także jeden z utworów z płyty „The Swell Season”.
Byłem na wielu koncertach, ale na nielicznych doświadczyłem takiej atmosfery. Dlatego z czystym sumieniem, mogę polecić wszystkim, którzy mają jeszcze okazję, aby wybrali się posłuchać muzyka w Polsce.

GH (fot. cs)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *