
(Mt 1,18-24)
Jezus był nieślubnym dzieckiem. Przynajmniej do momentu uznania Go przez Józefa. A ten, aby dojść do swojej jakże ważnej decyzji, musiał przejść głęboką duchową przemianę.

(Mt 1,18-24)
Jezus był nieślubnym dzieckiem. Przynajmniej do momentu uznania Go przez Józefa. A ten, aby dojść do swojej jakże ważnej decyzji, musiał przejść głęboką duchową przemianę.

III tydzień Adwentu, Sobota (17 grudnia 201
Komentarz do Ewangelii: (Mt 1,1-17)
Jezus nie był synem Dawida ani Abrahama w znaczeniu dosłownym, a tak na pierwszy rzut oka zdaje się przedstawiać Go rodowód z dzisiejszej Ewangelii. Wynika to z semickiego sposobu myślenia, według którego następujące po sobie pokolenia łączy specyficzny i niepowtarzalny przekaz generacyjny. Czytaj dalej
(fot. cs)
Kto cię w dzieciństwie przytulał? Czy mogłaś/mogłeś wyrażać w domu swoje oczekiwania i emocje? Czy umiesz prosić o pomoc? – oto pytania kontrolne, które mogą nam pomóc zdiagnozować ważny problem.
Niedobór witaminy M
Po II wojnie światowej władze państwowe Wielkiej Brytanii zapragnęły zapewnić opiekę najmłodszym sierotom wojennym. Zorganizowano więc coś na kształt luksusowego żłobka, w których zapewniano najwyższej klasy opiekę pielęgniarską. Więcej.

Rodzina to system naczyń połączonych. Nieraz słabość jednego ogniwa prowadzi do zaburzenia działania innego a przez to do dezintegracji całego systemu.
Świetnie oddaje to film Mike’a Leigh z 2002 roku „Wszystko albo nic”. Sportretowane jest w nim kilka rodzin z jednego blokowiska na obrzeżach Londynu.

Przeczytałem świetny wywiad Bogdana Frymorgena z RMF-u ze Stingiem. Kilka sformułowań artysty jest mi szczególnie bliskich. Sting mówi np.: „musimy stać się emigrantami, by odnaleźć siebie i swoją muzykę” i zdanie to okazuje się niesamowicie uniwersalne.

Bob Dylan otrzymał literacką nagrodę Nobla. To chyba pierwszy raz, jak Komitet Noblowski zwraca się ku twórcy i wykonawcy piosenek, a nie tylko (aż?) poety, który dociera do czytelników jedynie poprzez drukowane tomiki.
Kunszt słowa artysty, jak i jego zadziwienie nad ludzkim rozwojem i tajemnicą istnienia pięknie oddaje m.in. piosenka „Blowin’ in the Wind”. W polskim tłumaczeniu jej tekst brzmi w przybliżeniu tak:
Przez ile dróg musi przejść każdy z nas
By mógł człowiekiem się stać?
Przez ile mórz lecieć ma biały ptak
Nim w końcu opadnie na piach?
No i jak wiele kul musi trafić w swój cel
Nim skończą się wojny złe?
Odpowie ci wiatr, wiejący przez świat
Odpowie ci bracie tylko wiatr
Przez ile lat będzie trwał górski szczyt
nim deszcz go na mórz zniesie dno?
Przez ile ksiąg pisze się ludzki byt
nim wolność w nim wypisze ktoś ?
Ile jeszcze razy ludzie odwracać będą wzrok
Udając ,że nie widzą nic?
Odpowie ci wiatr, wiejący przez świat
Odpowie ci bracie tylko wiatr
Odpowie ci wiatr, wiejący przez świat
Odpowie ci bracie tylko wiatr
Ile też razy podniesiesz swój wzrok
Nim nieba dostrzeżesz blask?
Ile ci uszu potrzeba byś mógł
Usłyszeć płacz ludzi i wrzask?
I jak wielu ludzi śmierć spotka nim ty
Uznasz, że zbyt dużo już jej było?
Odpowie ci wiatr wiejący przez świat
Odpowie ci bracie tylko wiatr
Ciekawe, że z tą piosenką m.in. artysta wystąpił podczas całonocnego czuwania 27/ 28 września 1997 roku na zakończenie Kongresu Eucharystycznego w Bolonii. Jan Paweł II po wysłuchaniu pieśni skomentował: „Mój przyjacielu, przed chwilą zapytałeś w swej piosence, “skąd wieje wiatr”. Odpowiedzią na to pytanie, odpowiedzią skąd wieje wiatr jest tchnienie Ducha Świętego. Duch Święty pozostał tutaj, widoczny, ale poprzez Tajemnicę, misterium (…) Wiara wyraża się również w piosence. W naszym życiu, wiara czyni nas zdolnymi wyśpiewać radość bycia dziećmi Bożymi”.
Różne mogą być interpretacje dzieła sztuki. I czasem od nas samych zależy, co odczytamy z jej wieloznaczności. Możemy odbierać ją jako podejrzaną albo niezwykle nośną, pełną cennych inspiracji dla naszego życia. Szklanka może wydawać się nam do połowy pełna albo do połowy pusta…
(fotografia z wystawy)
Dziś dzień kanonizacji Matki Teresy z Kalkuty, a niebawem ukaże się mój reportaż z wystawy o Matce Teresie, która miała miejsce podczas Światowych Dni Młodzieży w kościele św. Katarzyny u augustianów na krakowskim Kazimierzu.
Poniżej jego fragment…
„W przedsionku do wejścia na krużganki siostra w charakterystycznym białym sari z niebieską obwódką zapraszała przybyłych na wystawę. Wchodzę do środka i już od wejścia uderzają mnie duże białe tablice z pięknymi biało-czarnymi fotografiami obrazującymi życie i dzieło Matki Teresy.
Zdjęcia ukazują życie błogosławionej od jej młodości w Albanii, poprzez wstąpienie do sióstr loretanek, przygotowanie do misji w Dublinie, wreszcie wyjazd do Indii, gdzie miała zajmować się pracą wychowawczą wśród dziewcząt z bogatszych rodzin.
W 1948 roku jeszcze wtedy loretanka, siostra Teresa słyszy w pociągu wewnętrzny głos, który wzywa ją do podjęcia nowego powołania, którego celem miała być opieka nad najuboższymi w Kalkucie. Rok trwały pertraktacje z władzami kościelnymi, aż wreszcie uzyskała pozwolenie i błogosławieństwo dla swojej nowej misji.
Historię tę obrazują zdjęcia oraz cytaty z wypowiedzi Matki Teresy, w których dzieli się ona swoimi duchowymi odkryciami.
Po krużgankach przechadza się druga siostra w sari, która gotowa jest udzielić dodatkowych informacji o wystawie.
Nadchodzi czas na to, po co właściwie tu przyszedłem: na zrobienie wywiadu z którąś z sióstr.
Zostałem uprzedzony, że nie będzie to łatwe. Pamiętałem też opowieść redakcyjnej koleżanki, z którą kiedyś współpracowałem, a która mimo że odwiedziła siostry i przebyła do nich daleką drogę, musiała obejść się smakiem. Jak będzie ze mną? Czy mogę na coś liczyć?
Podchodzę do pierwszej siostry, tej, którą spotkałem przy wejściu i informuję, że chciałbym przeprowadzić wywiad. – Nie bardzo – odpowiada po polsku z jakimś obcym akcentem. – My nie udzielamy wywiadów. Wczoraj była tu telewizja z Niemiec i też odeszli z kwitkiem. Ale może pan zapyta tę siostrę, co stoi na krużgankach…
Podchodzę do tamtej siostry i tłumaczę, czego i dla kogo potrzebuję, a w odpowiedzi słyszę: – My nie udzielamy wywiadów, bo to jest sprzeczne z naszą duchowością. My świadczymy tylko czynem…
– Ale przecież Matka Teresa występowała publicznie, aby mówić o swojej pracy i duchowości… – próbuję perswadować.
– Ale to była Matka Teresa, a my nie udzielamy wywiadów! – siostra przygwożdża mnie tym argumentem, a w chwilę potem dodaje pojednawczo: – Chyba, że zapyta pan siostrę odpowiedzialną…
Ruszam więc dalej od Kajfasza do Annasza, a w sercu mam nie wiadomo skąd przekonanie, że udanie się w tę pielgrzymkę ma jakiś sens…”
Zainteresowanych tym, czy mi się udało, odsyłam do październikowego dodatku „Apostolstwa Chorych”.
(fot. archiwum rodziny Bieniów)
Dwudziestoletni Adam zaraz po maturze idzie na wojnę i zaczyna pisać listy do dziewiętnastoletniej Zosi, z którą połączyło go gorące uczucie. Ona wprawdzie zostaje w bezpiecznym Sandomierzu, ale tęskni i boi się o ukochanego, i także zaczyna do niego pisać.
Tak zaczyna się ta historia, w dodatku nie jest wytworem czyjejś tylko literackiej wyobraźni, a literaturą faktu. Listy są bowiem autentyczne, a ich nadawcami byli Adam Bień (późniejszy prawnik, działacz ruchu ludowego, jeden z przywódców Państwa Podziemnego ocalały z procesu szesnastu w Moskwie) i Zofia, wtedy uczennica Seminarium Nauczycielskiego w Sandomierzu, a później jego żona.
Wszystko działo się od lipca do listopada 1920 roku, kiedy to młody ochotnik wrócił ze zwycięskiej wojny. W epilogu można natomiast jeszcze usłyszeć dodatkowe wspomnienia, te związane z początkiem studiów prawniczych najpierw w Poznaniu, a później w Warszawie.
Całość opracował i wyreżyserował Bartłomiej Miernik ze Staszowskiego Ośrodka Kultury, a premiera spektaklu „Bień 1920”, miała miejsce 14 sierpnia 2016 roku w Ossali przy domu rodzinnym Adama Bienia.
Listy z jednej strony obrazują rozwój uczuć zakochanych w wojennej zawierusze, a z drugiej realia życia ochotnika, który najpierw odbywa przyspieszone szkolenie wojskowe, a następnie rusza na front wojny polsko-bolszewickiej.
Doskonale wybrzmiewa w tych osobistych tekstach stan ducha i umysłu „pięknych dwudziestoletnich” tyle, że przedwojennych, nie dotkniętych jeszcze dekadenckim zniechęceniem czy nihilizmem, który jakże często zatruwał późniejsze pokolenia młodych. Tamten pierwotny idealizm połączony ze zdrowym patriotyzmem i entuzjazmem właśnie odzyskanej niepodległości przydałby się i dzisiaj, i pewnie dlatego spektakl z udziałem młodych aktorów: Aleksandry Kozaczka, Kacpra Rogali, Huberta Dyla oraz Adriana Tatrockiego okazuje się tak nośny i potrzebny. Swoje role zagrali współcześnie i żywiołowo, a swój przekaz oparli nie tylko na pięknie wydeklamowanym tekście, ale i na scenicznym geście, który mocno i wyraziście zaistniał w surowej scenografii Leszka Masa.
Dodatkowym walorem spektaklu była muzyka, która dobrze osadzała przekazywane treści w kontekście współczesnej kultury popularnej, bardziej komunikatywnej dla dzisiejszego odbiorcy. Zwłaszcza muzyczny cytat z utworu „The End” grupy The Doors okazał się strzałem w dziesiątkę, bo dobrze oddawał dramatyzm przeżyć bohaterów.
Może mniej udaną ilustracją była piosenka „Imagine” Johna Lennona, bo tamto wyobrażenie hippisowskiego szczęścia w utopii bez państw i religii kiepsko oddaje nadzieje młodego studenta prawa, którego tęsknoty łączyły się jednak z bardziej pragmatycznym pragnieniem konstruktywnej pracy na rzecz silnej Polski przez pilną naukę i działalność polityczną, czego potem niejednokrotnie dawał dowody.
Poza tym cały spektakl należy ocenić bardzo wysoko i zachęcam każdego do jego zobaczenia. A następna okazja trafi się niedługo, bo już 17 września br., w parku Adama Bienia w Staszowie.